Muzyka / Recenzja / Teatr i opera / Wydarzenia

Straszny Dwór – recenzja z premiery w Teatrze Wielkim- Operze Narodowej

Już po pierwszych 10 minutach mojej ulubionej opery chciałam wyjść z Sali Moniuszki Teatru Wielkiego Opery Narodowej z płaczem. Odkąd obejrzałam wywiad z brytyjskim reżyserem, Davidem Pountney’em , w którym stwierdził, iż „Straszny Dwór” należy „odświeżyć”, po nocach dosłownie śniły mi się koszmary, że partie śpiewane są przez śpiewaków gwizdane. Takiego skandalu na szczęście nie było, jednakże nie sposób uznać „Strasznego Dworu” Pountney’a za udany spektakl (a i to brzmi niezwykle łagodnie).

Pountney postanowił przenieść akcję spektaklu w lata 20’ XX wieku. Zabieg ten można jeszcze starać się tłumaczyć, uzasadnić- przecież bohaterowie oryginału także wracają z wojny, jednak wiele innych elementów spektaklu dowodzić może, że reżyser bardzo starał się zrozumieć „Straszny Dwór”, ale nie do końca mu to wyszło. Najwyraźniej nie widział wystarczającego potencjału w oryginalnej historii i z tego względu zdecydował się na stworzenie swojej autorskiej wersji. Od wielu lat jesteśmy zresztą świadkami przejmowania przez reżyserów całkowitej inicjatywy twórczej nad oryginalnym dziełem. I tak,  mówimy obecnie raczej o Strasznym Dworze Poutney’a, a nie Strasznym Dworze Moniuszki i Chęcińskiego.

Pierwsza scena, według libretta Chęcińskiego, powinna rozgrywać się w pobliżu gospody stojącej w lesie, gdy żołnierze wracają z wojny do domów („Obóz towarzyszy pancernych, z lewej wejście do gospody stojącej w lasku, z prawej kilka namiotów. Przed gospodą przy stołach towarzysze kończą ucztę, luzacy usługują im nalewając w czary miód, który przynoszą z gospody. W głębi żołnierze, jedni w pancerzach, drudzy bez nich, grzeją się przy dużym ogniu nanieconym wśród drzew już w połowie opadłych z liścia.”). U Brytyjczyka scena ta rozgrywa się w miejscu będącym czymś w rodzaju połączenia szpitala i koszar, gdzie żołnierze ćwiczą, myją zęby i urządzają sobie bitwę na poduszki. Mimo wszystko- wpisywało się to w humorystyczną konwencję Strasznego Dworu, jednakże sama scenografia prawie doprowadziła mnie do łez. Użycie rekwizytów także nie było szczególnie trafne- według libretta żołnierze podnoszą kielichy w geście zwycięstwa, Pountney skupił się jednak na innych żołnierskich zabawach. Pod koniec sceny, po wyjściu żołnierzy, z łóżek wstają Hanna i Jadwiga. Dlaczego? Nie wiem.

„Straszny Dwór” to najbardziej polska z polskich oper, niestety tej polskości w przypadku nowej odsłony opery po prostu zabrakło. Stefan i Zbigniew wracają po wojnie na wieś. Pountney, wraz ze scenografem wpadli na zgoła inny pomysł. Chociaż mężczyźni śpiewają o modrzewiowym domu otoczonym lasem, wchodzą do minimalistycznego, białego wnętrza ze schodami, które prowadzą znikąd donikąd. W kącie sceny znajduje się replika dworku, wyglądającego po prostu jak duży domek dla lalek. Mężczyźni chodzą wokół niego, przyglądają mu się i śpiewają. Moim zdaniem jest to wielka pomyłka. Scena ta jest bowiem okazją do pokazania pięknej polskiej wsi, a postawiono na brutalny minimalizm w kolorach bieli i chromu. Niedobrze. Całości absurdu dopełnił statysta niosący drzewo w doniczce. W kolejnych scenach i aktach „polskość” także jest mało widoczna. Kostiumy są niezwykle niespójne. Najlepszym przykładem na to jest fakt, iż Damazy, a więc postać, która w operze jest wyśmiewana ze względu na swój przesadnie podkreślany kosmopolityzm, niezbyt wyróżniał się swoim „obcym frakiem” na tle reszty bohaterów (poza głównymi postaciami występującymi w wojskowych strojach). Równie dobrze można by wyśmiać dziewczęta z dworu w Kalinowie czy lokajów, ponieważ ich stroje na myśl przywodziły modę z Paryża czy Wiednia (w dodatku nawet nie z XX wieku, jak ponoć założył reżyser…).

Dość ciekawym zabiegiem była koncepcja wielkich ruchomych, „żywych” obrazów przesuwanych na scenie. Doceniam pomysł, chociaż ciągłe przesuwanie drewnianych konstrukcji (szczególnie podczas arii z kurantem) wprowadzało niepotrzebny chaos. Myślę, że pomysł był dobry, wykonanie nienajgorsze, ale jednocześnie niekoniecznie pasowało akurat do Strasznego Dworu. Mimo wszystko ten pomysł oceniam pozytywnie.

W ostatnim akcie miałam wrażenie, że reżyser nagle przypomniał sobie o miejscu i (zmienionym przez siebie) czasie akcji. Z tegoż powodu postanowił zamknąć usta krytykom, którzy do tej pory mogli mieć wątpliwości co do polskiego charakteru opery. Tancerze i chór zostali ubrani w biało-czerwone barwy- wyglądało to jednak w sposób dość przerysowany. A czas akcji? Należało przypomnieć widzom, że przecież akcja rozgrywa się w dwudziestoleciu międzywojennym, a więc… w trakcie mazura orkiestra PRZESTAŁA GRAĆ, zaczęły migać światła, z głośników odezwał się warkot silnika, a scenę spowił cień SAMOLOTU. A po chwili znów zabrzmiał mazur. Bez komentarza.

Jeśli chodzi o samego mazura w choreografii Emila Wesołowskiego- miałam przyjemność oglądać dwie poprzednie choreografie tegoż mazura przygotowane przez Wesołowskiego (w Warszawie, gdy reżyserem spektaklu był Grabowski i w łódzkim spektaklu w reżyserii Jandy) i niestety najnowsza była zdecydowanie najsłabsza. Mazur nie był tak widowiskowy jak poprzednie, tańczyło o połowę mniej par. Wprowadzono bardzo współczesne ruchy rodem z twista, co wyglądało zbyt niepoważnie- nawet mając na uwadze komediowy charakter opery. Natomiast koniec choreografii był skopiowany z wystawianej już poprzedniej wersji, jakby choreograf nie miał nowego pomysłu na jej zakończenie. Mimo wszystko publiczność była zachwycona i prosiła o bis. Artyści byli tak zaskoczeni prośbą, że gdy orkiestra ponownie zaczęła grać mazura, tancerze byli kompletnie zdezorientowani i dopiero po kilkunastu taktach udało im się wbić w rytm. (Niestety ponownie musiałam oglądać okropny cień samolotu.)

Mniej świadoma część publiczności najwyraźniej myślała, że to już koniec spektaklu i sama z przerażeniem złapałam się na myśli „a co jeśli to faktycznie koniec i reżyser postanowił nie wyjaśniać czemu Straszny Dwór nazywany był Strasznym Dworem?”. Przecież teoretycznie nie byłoby to niemożliwe, chyba przyzwyczaiłam się, że dziś w teatrze można spodziewać się dosłownie wszystkiego- niestety. Na szczęście akcja potoczyła się dalej. Miecznik w kontuszu obok ludzi przebranych za renifery to jedynie kolejne nieporozumienie ostatniego aktu. Dawno nie widziałam czegoś tak mało konsekwentnego. Skoro założono, że akcja rozgrywa się w XX wieku, czemu nie realizowano tej wizji od początku do końca? Skąd kontusz u XX-wiecznego mieszkańca polskiej wsi?

Jeśli chodzi o stronę muzyczną… Po raz pierwszy  moją uwagę bardziej zwracały Jadwiga (Elżbieta Wróblewska) i Hanna (Edyta Piasecka) niż Stefan (Tadeusz Szlenkier) i Zbigniew (Rafał Siwek), choć na szczególną pochwałę zasługuje ten ostatni. Chór- jak zwykle- niezrozumiale. Chciałabym, żeby nie było konieczne wyświetlanie polskich napisów do polskiej opery. Szkoda, że nie miałam okazji zobaczyć Dominika Sutowicza na deskach Teatru Wielkiego- Opery Narodowej, bo jego kreacja Stefana w Strasznym Dworze w reżyserii Krystyny Jandy bardzo mi odpowiadała. Tym razem jednak występuje w drugiej obsadzie.

Na pochwałę zasługuje prowadzenie postaci, których ruch sceniczny był bardzo przemyślany. Bohaterowie, nawet w momencie gdy akurat nie śpiewali, mieli jasno określone zadania, nie stali bezczynnie, nie wychodzili z roli. Każda z postaci miała swój cel, dobrze zaprezentowany i zrozumiały dla widza.

Za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, iż „Straszny Dwór” jest moją ulubioną operą. Genialna muzyka Stanisława Moniuszki na szczęście nie została zdominowana przez dziwne i często nieodpowiednie zabiegi reżyserskie i scenograficzne. Prawdopodobnie zniszczenie tej opery nie jest możliwe- tekst i muzyka bronią się same i żaden reżyser, nawet mimo usilnych starań nie byłby w stanie przyćmić jej swoim „wizjonerstwem” (nie, to nie jest wyzwanie!). Gdyby ktoś zapytał mnie, czy warto wybrać się na „Straszny Dwór” w reżyserii Pountney’a do Teatru Wielkiego Opery Narodowej miałabym wielki dylemat… Być może warto przecierpieć to, co widać na scenie, dla genialnej muzyki Stanisława Moniuszki. Mimo wszystko poleciłabym raczej udanie się do Teatru Wielkiego w Łodzi.

Pełna obsada i twórcy

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

11 thoughts on “Straszny Dwór – recenzja z premiery w Teatrze Wielkim- Operze Narodowej

  1. Musieliśmy wyjść nie dlatego, że myśleliśmy, że to koniec. Nasze nerwy nie wytrzymałyby bisu tak wykonanego mazura. Minimalizm scenograficzny i kostiumowy ma moim zdaniem uzasadnienie w teatrach o małych możliwościach technicznych a nie w Teatrze Wielkim. Słyszałem głosy zawiedzionej młodzieży brakiem strojów szlacheckich. Część widowni odbierała spektakl z zamkniętymi oczami, bo muzycznie spektakl wspaniały.
    Pozdrowienia i podziękowania za rzetelną recenzję.

  2. Świetna recenzja,w pełni popieram każde słowo.Momentami zamykałam oczy i pod powiekami była opera i mazur sprzed 20 lat….kontusze szlacheckie,dziewczęce żupaniki i wirujące warkocze…a może ktoś miałby pomysł jak przerobić Hamleta,żeby wszyscy [ oczywiście Anglicy]. się zdziwili,może nawet obruszyli a może nawet poczuli obrażeni… czekam..

  3. Całkowicie się zgadam. Też chciało mi się płakać, szczególnie gdy ostatni akt przypominał bardziej kabaret Olgi Lipińskiej…
    Ta opera to jakieś bezsensowne dziwadło, brak stylu, brak konsekwencji…
    Przed oczami na szczęście mam dawny mazur, od którego pierwszych taktów serce bardziej biło i ciarki przechodziły

  4. Myślę, że eklektyzm strony wizualnej nie został zrozumiany przez recenzentkę. Czy „Straszny dwór” musi zawsze być odgrzewaniem tych samych dekoracji w nieskończoność? Widzieliśmy to już miliony razy. Cieszę się, że twórcy pogłębili ponadczasowość tej opery. Recenzentce radziłbym bardziej wnikliwie zastanawiać się co współcześni twórcy teatralni mają nam do przekazania.

    • „Widzieliśmy to już milion razy”- kiedy, gdzie? Nie mówię o „takich samych” dekoracjach tylko takich, które oddawałyby charakter opery i to, co zostało stworzone przez jej autorów. Oglądając wywiady z twórcami obecnej odsłony mogłam się tym bardziej przekonać, że współcześni autorzy sami nie wiedzą, co chcą przekazać. Ale zachęcam do dyskusji- co się Panu podobało w Strasznym Dworze Pountneya?

      • Dużo. Odbiera Pani tę operę w kontekście polskości, narodowości, co ciąży na niej, tymczasem Poutney uwolnił ją od tego. Stworzył operę zrozumiałą dla każdego europejskiego widza. Każdy wie, że Leslie Travers oraz kostiumografka zastosowali pomieszanie stylów i konwencji, ale to nie jest błąd, tylko świadome działanie, by móc po prostu bawić się tą historią. Uważam, że pragnie Pani, by „Straszny dwór” robić w sposób konwencjonalny, tradycyjny, a brakuje Pani lotności rozumienia wszelakich form wizualnych, rozumienia przestrzeni konceptualnej, a nie dekoracyjnej. Cieszę się, że scenografia nie jest konwencjonalna jak zazwyczaj (jak w przypadku „Strasznego Dworu” w Łodzi), a czerpie z różnych źródeł europejskich (jest tu nie tylko Kossak, ale też i Boucher) i uwalnia operę od narodowego ciężaru.

  5. Pingback: Don Giovanni – recenzja z premiery w Teatrze Wielkim w Łodzi | Sztuka Długa

  6. Pani Kasiu – nawet Pani nie zdaje sobie sprawy, jak celnie Pani trafiła!! „Oglądałem” to-to wczoraj (12.05.2016) a cudzysłów dlatego, że… z zamkniętymi oczami od pierwszej sceny kalesoniarzy… Jestem otwarty na wszelkie nowoczesne próby, idące z duchem czasów i uwzględniające młode pokolenia, które chcą inaczej patrzeć na świat. Ale to-to przeszło jakiekolwiek dopuszczalne normy i nawet nie chodzi o „szarganie” naszej tradycji, świętości czy przyzwyczajeń. To-to było po prostu O – KROP – NE !! A współcześni „twórcy” (to do p. Łukasza) niech sobie dokazują na współczesnych polach i nie majstrują przy klasycznych dziełach. A bisu NA SZCZĘŚCIE nie było…..

  7. Nieco spóźniona ale obejrzałam tę operę. Dla mnie najjaśniejszym punktem były, oprócz muzyki, ruchome obrazy. Mazur rzeczywiście ciut ubogi, ale najbardziej denerwowała mnie niespójność w kostiumach. Kompletne pomieszanie epok nie wiem czemu ma służyć…. No i warto jeszcze popracować nad polszczyzną obcokrajowców, bo trochę śmiesznie brzmią gdy w operze narodowej źle wymawiają słowa bogoojczyźniane:)

  8. Popieram całym sercem Pani recenzję! Trafia w sedno! Wyszliśmy z Mężem przed końcem opery gdyż ilość „fajerwerków”, „wzrokoumilaczy” przysłoniła sedno „Strasznego Dworu”. Dlaczego wypierać się klasycznego ukłonu wobec tradycji i dążyć do skosmopolityzowania na siłę?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s