Recenzja / Teatr i opera

„Straszny Dwór” w Teatrze Wielkim w Łodzi – recenzja

strasznyd1

fot. Joanna Miklaszewska (źródło: https://www.facebook.com/TeatrWielkiLodz )

 

18 października miała miejsce premiera „Strasznego Dworu” w reżyserii Krystyny Jandy, która uświetniła 60 lecie Teatru Wielkiego w Łodzi. Debiutująca w roli reżysera spektaklu operowego Krystyna Janda „dostała do pomocy” wybitnych specjalistów: kierownika muzycznego Piotra Wajraka i choreografa Emila Wesołowskiego. Efekt? Moim zdaniem wspaniały.

Nie będę owijać w bawełnę- „Straszny dwór” to zdecydowanie moja ulubiona polska  opera. Odpowiada mi w niej wszystko – poczynając od muzyki Stanisława Moniuszki, przez libretto Jana Chęcińskiego, po sam klimat, w jakim jest utrzymana, na myśl przywodzący komedie Fredry, dodatkowo owiana nutką tajemnicy tytułowego „strasznego” dworu. Być może dzisiejszemu widzowi opera nie wydaje się szczególnie odważna, jednak w czasach, w których miała miejsce jej prapremiera (1865 w Warszawie, czyli 2 lata po powstaniu styczniowym), każde nawiązanie do walki o wolność kraju, każdy przejaw patriotyzmu były tępione przez carską cenzurę. Z tegoż powodu po 3 spektaklach w 1865 roku opera została zdjęta z afisza. Temat walki wyzwoleńczej jest „procesem w tle” i pojawia się w operze w sposób zawoalowany. Stefan i Zbigniew wracają z odbytej służby wojskowej w rodzinne strony. Wtedy podejmują postanowienie, żeby nigdy się nie żenić. Można się jedynie domyślać z jaką radością XIX wieczni polscy śpiewacy musieli śpiewać słowa „vivat semper wolny stan”, dając prztyczka w nos wschodniemu zaborcy.

Od razu spodobała mi się scenografia (Magdalena Maciejewska) i kostiumy (Dorota Roquelpo), utrzymane w prostej tonacji kolorystycznej (czerń, biel, szarość, brąz). Mogłam odetchnąć z ulgą, ponieważ zobaczyłam, że spektakl (najprawdopodobniej) nie będzie na siłę udziwniany/ unowocześniany, czego w spektaklach operowych po prostu nie trawię, tym bardziej jeśli dotyczy to dzieł, do których żywię szczególny sentyment (wprawdzie czas akcji przeniesiono z XVIII wieku do czasów po powstaniu styczniowym, ale w żaden sposób nie zakłócało to odbioru). Co ciekawe, po raz pierwszy byłam świadkiem wyraźnego pomruku zadowolenia publiczności, w reakcji na podniesienie kurtyny – miało to miejsce w momencie odsłonięcia scenografii czwartego aktu, czyli pięknej, śnieżnej scenerii, która została od razu nagrodzona gromkimi brawami. Ciekawym zabiegiem było odcięcie od tego śnieżnobiałego tła zespołu baletowego, który został ubrany w kolorowe stroje (czerwony, żółty, niebieski).

Publiczność bez dwóch zdań była rozbawiona despotyczną Cześnikową (Olga Maroszek), bojącym się własnego cienia Maciejem (Andrzej Kostrzewski) i walecznym acz ciamajdowatym Damazym (Krzysztof Marciniak). Tradycyjnie największe brawa dostał za wykonanie słynnej arii z kurantem („Cisza dokoła…”) Dominik Sutowicz, wcielający się w rolę Stefana. Patrycja Krzeszowska (Hanna) i Elwira Janasik (Jadwiga) wypadły dobrze, chociaż szala przechyliła się na korzyść pani Krzeszowskiej. Nieco zawiodłam się wykonaniem mojej ulubionej sceny 5 aktu III, czyli duetu Stefana i Zbigniewa (gdy panowie uświadamiają sobie swoje uczucia) – moim zdaniem powinni byli z większą ironią i żalem zaśpiewać słowa „vivat semper wolny stan”. Być może trochę się czepiam, ale nie ukrywam, że akurat na te słowa czekałam. Inna uwaga – Damazy nie ukrywał się w zegarze. Moim zdaniem było to spore niedopatrzenie. Oczywiście domyślam się, że o niedopatrzeniu nie mogło być mowy, ale po prostu nie rozumiem tego zabiegu. Chociaż.. jeśli miałabym próbować to bronić: miało być zaskoczenie i faktycznie było: gdy zobaczyłam, że Damazy wchodzi na scenę zza kulis a nie z wnętrza zegara rzeczywiście byłam zdezorientowana. Niestety nie byłam w stanie zrozumieć wielu partii chóru, co także było mankamentem.

Bardzo podobał mi się ruch sceniczny wszystkich postaci, za co gratulacje należą się Emilowi Wesołowskiemu. Największe wrażenie zrobił na mnie układ chóru w pierwszej scenie drugiego aktu (wyszywanie kobierca) oraz oczywiście tradycyjny mazur. Przyznam, że byłam nieco zaniepokojona faktem, iż podłoże w akcie IV było pochyłe (i to pod dość dużym kątem w stosunku do podłogi), ponieważ cały czas martwiłam się jak poradzą sobie z tym tancerze. Mój niepokój był oczywiście nieuzasadniony, wszystko poszło świetnie. Muszę jednak powiedzieć, że większe wrażenie zrobił  na mnie mazur w wykonaniu Polskiego Baletu Narodowego w Strasznym Dworze w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, także w choreografii Emila Wesołowskiego. Być może główny wpływ ma na moją opinię ma po prostu przestrzeń na scenie Teatru Wielkiego Opery Narodowej- prozaicznie mówiąc: było więcej miejsca. Z tego powodu mazur w TWON nabierał pewnej lekkości, „oddechu”, a ponadto na scenie mogło znaleźć się dużo więcej osób i ten „przepych” także działał na jego korzyść.

Najlepszym podsumowaniem mogą być owacje na stojąco (około 90% publiczności) po skończonym spektaklu. Sądzę, że warto wybrać się do Teatru Wielkiego w Łodzi, żeby zobaczyć tę bardzo tradycyjną (co w moim mniemaniu może być odbierane wyłącznie jako komplement!) wersję „Strasznego Dworu”. Ja z pewnością jeszcze to zrobię- kolejne spektakle już w grudniu!

sd3

fot. Joanna Miklaszewska (źródło: https://www.facebook.com/TeatrWielkiLodz )

Reklamy

One thought on “„Straszny Dwór” w Teatrze Wielkim w Łodzi – recenzja

  1. Pingback: STRASZNY Dwór – recenzja z premiery w Teatrze Wielkim- Operze Narodowej | Sztuka Długa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s