Recenzja / Teatr i opera / Wydarzenia

Holender Tułacz – premiera w Teatrze Wielkim w Łodzi

24 stycznia 2015 roku w Teatrze Wielkim w Łodzi odbyła się premiera Holendra Tułacza w reżyserii Herberta Adlera, związanego z Festiwalem Wagnerowskim w Wels.

Zanim jeszcze zdążyłam wejść do budynku Teatru Wielkiego dopadła mnie grupka przedstawicieli związków zawodowych, którzy premierę „Holendra (…)” uznali za dobrą okazję do nagłośnienia swojego protestu przeciw Dyrektorowi Naczelnemu. Rozdawali oni widzom spektaklu kopie listu do Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, M. Omilanowskiej. Z dużym zaciekawieniem przeczytałam, iż narzekają oni (poza kwestiami związanymi z finansowaniem i płacami) na „zatrważający brak repertuaru, zamknięcie na świadomego widza” oraz, że „rola wychowawcza instytucji kulturalnej czyni z Teatru Wielkiego – Teatr Mały”. Recenzja spektaklu nie jest miejscem na rozpisywanie się na temat zażaleń związków zawodowych (bo skoro protest podpisali przedstawiciele wszelkich grup związanych z Teatrem Wielkim w Łodzi, to coś MUSI być na rzeczy), więc nie mam zamiaru tego robić, uważam jednak, że skarżenie się na to, iż w Teatrze nic się nie dzieje w dniu premiery nieco zakrawa o absurd, bo ten argument mógł bez problemu odeprzeć każdy widz spektaklu.

Zaczęło się. Uwertura zagrana nieco nierówno- i choć nie jestem specjalistką, to przez większość spektaklu przeszkadzała mi sekcja dęta- mam wrażenie, że coś nie poszło po myśli dyrygenta… Jednak nie to przeszkadzało mi na początku spektaklu najbardziej. Dosłownie PRZERAZIŁY mnie kiczowate wizualizacje morza/oceanu/fal, które były odtwarzane w zapętleniu na ekranie z tyłu sceny. Jak wiadomo uwertura do najkrótszych nie należy, więc widzowie, niekoniecznie mając na czym zawiesić wzrok, przez prawie dziesięć minut bezmyślnie wpatrywali się w te jakże okropne filmy (prawdopodobnie pobrane za stocków internetowych i zmontowane jak tani film z wesela). Na szczęście początkowe złe wrażenia szybko ustąpiły… Oto na scenę „wpłynęła” łódź kierowana przez Sternika (świetny Dominik Sutowicz). Estetyka wizualna znacznie się zmieniła – kiczowate wizualizacje zostały zastąpione przez nienarzucające się ciemnoszare chmury, a sama łódź i jej załoga na myśl mogła przywodzić „Tratwę Meduzy” Géricault (takie było moje pierwsze skojarzenie- wynikało ono przede wszystkim z kolorystyki dekoracji i kostiumów). W roli Dalanda wystąpił znakomity Grzegorz Szostak. W pierwszym akcie stała się rzecz niesamowita, która sprawiła, że momentalnie zmieniłam zdanie o wizualizacjach wyświetlanych na ekranie (uwaga- spoiler!). Oto, w momencie gdy Sternik zapadł w sen, na „horyzoncie” (wciąż na ekranie) pojawił się zarys statku o czarnych masztach i czerwonych żaglach. Zbliżał się coraz bardziej w stronę widzów, aż w pewnym momencie odniosłam (i nie tylko ja) wrażenie, że „wypłynął” on na scenę. Czułam się tak, jakbym oglądała film 3D bez okularów- naprawdę niesamowity efekt! W momencie, gdy zdawało się, że animowany statek nie może już bardziej wychylić się do widzów z ekranu, na scenę opadły czerwone żagle, a gdy się podniosły, widzom ukazała się już normalna dekoracja (statek z drewna).  Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Chwilę później na scenie pojawił się Jukka Rasilainen (gościnnie) w roli Holendra. Uważam, że jest to śpiewak o dużej charyzmie scenicznej, bardzo wczuwał się w rolę i przeżywał los swojej postaci (do tego stopnia, że czasem aż za bardzo załamywał mu się głos, ale mimo wszystko nie słyszałam w tym większych zgrzytów).

meduza

Tratwa Meduzy – T. Géricault

W drugim akcie prym wiedli Astrid Weber (Senta) i Clemens Bieber (Eryk). W rolę Mary wcieliła się Olga Maroszek, której postać do złudzenia (kostium, charakteryzacja) przypominała Martę ze Strasznego Dworu w reżyserii Krystyny Jandy. Mimo, że Maroszek dużo bardziej odpowiadała mi w roli Cześnikowej (wyłącznie ze względu na sam charakter i dynamizm postaci, który powodował, że śpiewaczka mogła popisać się zdolnościami nie tylko wokalnymi, ale i aktorskimi), to w roli Mary sprawdziła się bardzo dobrze. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Clemens Bieber w roli Eryka- zarówno jeśli chodzi o śpiew jak i interpretację tekstu- wyraźnie „wczuł się” w rolę. Śpiew Astrid Weber również w paru momentach chwycił mnie za serce, co wcale nie zdarza się tak często. Jedyną nieścisłością, która niestety nieco obniżyła moją opinię o reżyserii spektaklu, był moment gdy Senta chce iść powitać ojca na przystani, a Eryk nie chce jej wypuścić z domu- słowa libretta sugerują, że Eryk trzyma Sentę i fizycznie nie chce jej puścić (ona śpiewa wtedy: „puść mnie!!!”), a na scenie właściwie NIC się wtedy nie działo – śpiewacy stali od siebie w odległości kilku metrów i na siebie nie patrzyli. Bez sensu.

sztorm

Burza na jeziorze galilejskim – Rembrandt

Ciekawym zabiegiem, który trzeba docenić, było świecenie na postaci punktowym światłem o różnej tonacji barwowej. Niejednokrotnie padały słowa (w odniesieniu do postaci Holendra): „jaki on blady!”. I faktycznie – była to jedyna postać, którą oświetlono zimnym światłem, przez co faktycznie wydawał się być wręcz trupio blady. Reszta osób znajdujących się na scenie była oświetlona światłem o ciepłej barwie. Holender na ich tle wyglądał na postać „nie z tego świata”- czyli tak, jak powinien- brawo!

III Akt rozpoczęło świetne wykonanie „Steuermann, lass die Wacht”- tym razem orkiestra spisała się na medal. Załoga Latającego Holendra, która pojawiła się chwilę później, była chyba trochę zbyt przerysowana i zamiast budzić grozę wywołała u mnie niekontrolowany śmiech. Zakończenie – idealne, takie jak trzeba, nic dodać, nic ująć.

Po obejrzeniu tego spektaklu, który mimo kilku uwag, uważam za bardzo dobry i przede wszystkim wierny oryginałowi, nie mogłam przestać myśleć o tym, co (niestety) obejrzałam kilka lat temu w Teatrze Wielkim Operze Narodowej, a mianowicie Latającego Holendra w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Wtedy nie zapisałam dokładnie swoich wrażeń, ale jedyne, co utknęło mi w pamięci to półnagie kobiety w sukniach ślubnych, biegające w deszczu po mokrej od wody scenie i ochlapujące się nią nawzajem. W tym momencie nie mam pojęcia, o co mogło chodzić, ale mam wrażenie, że tamten spektakl był o czymś zupełnie innym. Pytanie tylko – PO CO?

Uwagi wymienione w liście przedstawicieli związków zawodowych Teatru Wielkiego w Łodzi z pewnością są przykre, ale w takim razie bardzo mnie dziwi czemu w Teatrze Wielkim Operze Narodowej do tej pory nie trafiłam na taki protest, bo trendy promowane w Warszawie zdają się mi dużo bardziej niepokojące (a- jak już wspomniano- także polityka kulturalna Teatru Wielkiego w Łodzi wzbudziła niepokój w przedstawicielach związków zawodowych).

http://www.operalodz.com/spektakl.php?id=131

Reklamy

One thought on “Holender Tułacz – premiera w Teatrze Wielkim w Łodzi

  1. Ja byłem na premierze niedzielnej (ile tych premier jednego spektaklu może być w tygodniu? a będzie jeszcze jedna, we wtorek). Trochę zbyt skromnym zespołem, jak na potrzeby wagnerowskiej inscenizacji, dysponuje nasz teatr. I to zarówno jeśli chodzi o chór jak i orkiestrę. Dlatego tego Wagnera nieco „malizną czuć” było. Ale to dobrze, że nasza scena operowa bierze się za bary z takimi dziełami. Niedzielną „premierę” uratowała świetna Wioletta Chodowicz w roli Senty, o pięknym, dojrzałym i mocnym głosie oraz Clemens Bieber jako Eryk. Niestety panowie z niedzielnej obsady postaci Holendra i Dalanda (litościwie pominę nazwiska) byli mało słyszalni. U Wagnera baryton musi mieć kawał głosu, zwłaszcza jak wykonuje tytułową rolę. Mimo wszystko jestem za mierzeniem sił na zamiary, a pani Wioletcie składam specjalne podziękowania za udany w sumie wieczór.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s